Richard J. Davidson | Transkrypcja wykładu
Zawartość
Po raz pierwszy spotkałem Jego Świątobliwość Dalajlamę w 1992 roku. Byłem wtedy z trzema innymi naukowcami i przywieźliśmy ze sobą około 5000 funtów sprzętu do Dharamsali w Indiach, aby rozpocząć ten projekt — badanie mózgów joginów, którzy medytują przez większą część swojego dorosłego życia w jaskiniach i chatach na górze Bhagsu, otaczającej wzgórza Dharamsali.
Do tych jaskiń i chat nie można dojechać żadnym pojazdem mechanicznym. Mieliśmy całą grupę Szerpów, którzy pomagali nam w taszczeniu tego sprzętu. Cofnijmy się do 1992 roku: laptopy nie były tak lekkie jak teraz, kamery wideo nie były tak małe jak teraz, a baterie nie były tak trwałe jak teraz. Dlatego mieliśmy ze sobą generator. To było szaleństwo. Wyciągnęliśmy ten generator na zewnątrz jaskini, żeby zasilać sprzęt.
Krótko mówiąc, nie udało nam się zebrać absolutnie żadnych danych. Zero. Ponieważ byli to jogini, którzy nigdy wcześniej nie widzieli komputera. Nie mieli wcześniej kontaktu z zachodnią nauką. Przyrzekliśmy sobie, że w żaden sposób nie będziemy ich zmuszać ani „wykręcać”, że tak powiem, do współpracy badawczej. A oni powiedzieli nam: „Z przyjemnością nauczymy was medytacji. Proszę, usiądźcie na kilka lat, a my z przyjemnością…”
To był nasz początek. Pod koniec tej trzytygodniowej wizyty – która była pierwszą wizytą w 1992 roku – Jego Świątobliwość Dalajlama poprosił nas o wygłoszenie przemówienia do mnichów w klasztorze Namgyal. Klasztor Namgyal to klasztor związany z jego rezydencją. Ta wizyta w celu zebrania danych okazała się kompletną klapą. Chcieliśmy wykorzystać sprzęt do czegoś, więc zamiast wygłaszać tradycyjny wykład akademicki, postanowiliśmy pokazać mnichom, jak rejestrować aktywność mózgu. Weszliśmy do sali, a tam na podłodze siedziało 200 mnichów.
W tamtych czasach sprzęt był znacznie bardziej toporny, więc założyliśmy elektrody na głowę jednego z naukowców – a osobą, której założyliśmy elektrody, był, jak niektórzy z was mogą wiedzieć, Francisco Varela, jeden z naukowców towarzyszących nam podczas tej wizyty. Założenie elektrod Franciscowi zajęło nam około 45 minut. W końcu założyliśmy elektrody, a drgania mózgu pięknie wyświetlały się na komputerze. Rozeszliśmy się, żeby wszyscy – wszyscy mnisi – mogli zobaczyć, co się dzieje.
I 200 mnichów wybuchnęło chóralnym śmiechem. Myśleliśmy, że śmieją się, bo Francisco wyglądał dość zabawnie z elektrodami na czepku, ale tak naprawdę nie z tego powodu się śmiali. Śmiali się z czegoś o wiele poważniejszego. Śmiali się, bo rozmawialiśmy o studiowaniu współczucia i zakładaliśmy elektrody na głowę, a nie na serce. To była wielka lekcja. Naprawdę wielka.
Porozmawiajmy o mózgu bodhisattwy — tak naprawdę powinniśmy porozmawiać o sercu bodhisattwy.
[Przejście slajdu]
To po prostu inspirujące zdjęcie. Zostało zrobione w 2001 roku, na samym początku naszej działalności, podczas jednej z licznych wizyt Jego Świątobliwości w Madison. Pokazywaliśmy mu, jak można badać strukturę i funkcje ludzkiego mózgu za pomocą rezonansu magnetycznego. To były początki obrazowania mózgu, 2001 rok. To było super, ponieważ mogliśmy pokazać Jego Świątobliwości, jak czysta aktywność umysłowa może wiązać się z systematycznymi zmianami w mózgu.
Miałem studenta, który leżał w skanerze przez kilka godzin, czekając na nasze przybycie. Poprosiliśmy go o wykonanie zadania, które jest jednym z tych naprawdę prostych zadań, zawsze dających bardzo wiarygodne wyniki. Kazaliśmy mu poruszyć palcami jednej ręki, żebyśmy mogli zobaczyć, jak aktywuje się kora ruchowa po przeciwnej stronie. Następnie poruszył lewą ręką. I zobaczyliśmy, że prawa półkula mózgu się aktywuje. Zrobił to i rzeczywiście to widzieliśmy. Wtedy Jego Świątobliwość zapytał: „Czy mogę z nim porozmawiać?”. Jego Świątobliwość jest niesamowitym eksperymentatorem i ma ogromną ciekawość. Powiedział do Davida, który leżał w skanerze: „Czy możesz sobie wyobrazić, jak porusza się twoja prawa ręka? Ale nie ruszaj nią. Po prostu wyobraź to sobie”.
To były początki badań nad wpływem wyobrażeń na mózg. Byliśmy w stanie zaobserwować wzorce aktywności, które były podobne – nie do końca identyczne, ale bardzo podobne – do faktycznej czynności. To naprawdę zrobiło wrażenie na Jego Świątobliwości, ponieważ była to czysta aktywność mentalna, która wiązała się z tymi zmianami w mózgu.
Powiedziałem, że urodziliśmy się, by rozkwitać – że urodziliśmy się, by być życzliwi. To nie jest tylko banał. Istnieją niezbite dowody sugerujące, że kiedy przychodzimy na świat jako młode istoty, wykazujemy skłonność do życzliwości. I to nie jest mała statystyczna skłonność. To nie jest tak, że 55% badanych niemowląt wykazuje tę skłonność, a 45% nie. 100% niemowląt w tych badaniach wykazuje to, co zaraz zademonstruję.
Pokażę wam klip wideo, który pokazywany jest niemowlętom w wieku od 6 do 12 miesięcy.
[Pokazano klipy wideo]
Które z tych stworzeń, Twoim zdaniem, wolą sześciomiesięczne niemowlęta? Sto procent z nich woli pierwsze. Sto procent. To oszałamiające zjawisko. To nie jest odosobnione badanie. Zostało ono opublikowane w „Proceedings of the National Academy of Sciences” – niezwykle prestiżowym czasopiśmie. To naprawdę solidne i istnieje wiele innych badań, które wykazują coś bardzo podobnego. Sugeruje to, że przychodzimy na świat z tą skłonnością do współpracy i życzliwości.
Kiedy więc angażujemy się w praktyki pielęgnowania życzliwości i współczucia, nie tworzymy czegoś de novo – ale raczej rozpoznajemy prawdziwą naturę naszych serc i umysłów. To właśnie robimy. Pielęgnujemy te cechy. Ale nie tworzymy ich z niczego. Po prostu pielęgnujemy to, z czym przychodzimy na świat.
Pod wieloma względami myślimy o tym bardzo podobnie do tego, jak naukowcy myślą o języku. Wszyscy przychodzimy na świat ze skłonnością do języka, ale aby ta skłonność mogła się ujawnić, musimy być wychowywani w normalnej społeczności językowej. A jeśli tego nie zrobimy – a istnieją badania nad dzikimi dziećmi wychowywanymi na wolności – nie rozwiną one normalnego języka. I prawdopodobnie to samo dotyczy takich cech jak życzliwość i współczucie.
Drugim tematem, który chcę poruszyć, jest to, że jest to łatwiejsze, niż myślisz. Medytuję. Staram się medytować dużo. Poświęcam na to swój czas. Siedzę co najmniej 45 minut dziennie, często dłużej. Uczęszczam na odosobnienia. Wiem, że na sali jest wiele innych osób, które medytują znacznie dłużej niż ja. Jednak dane pokazują, że praktykowanie pięciu minut dziennie przynosi korzyści, jeśli robi się to regularnie. To wszystko, czego potrzeba, aby uruchomić te obwody w umyśle, mózgu i sercu. Po części dlatego, że tacy właśnie jesteśmy – urodziliśmy się, by rozkwitać, a to wcale nie jest takie trudne.
Na przykład, jest to praktyka, którą stosujemy z nauczycielami szkolnymi, którzy nigdy nie słyszeli o medytacji. Prosimy ich o zastanowienie się nad celem, dla którego zostali nauczycielami. Prosimy ich o poświęcenie na to jednej minuty przed rozpoczęciem dnia, a następnie powtarzamy to w ciągu dnia – i okazuje się, że przy pięciu minutach w ciągu dnia, jeśli robisz to przez 28 dni, korzyści są ogromne i mierzalne. Istnieją zmiany biologiczne, które możemy zaobserwować już przy tak minimalnej praktyce. Więc pomysł, że ktoś nie może medytować – kto powiedział, że nie może medytować? Możemy wprowadzić to w bardzo delikatny, naprawdę łatwy do wdrożenia sposób.
Opublikowaliśmy już wiele badań, które pokazują, że średnio pięć minut dziennie, poświęcanych na ćwiczenia przez 28 dni, przynosi znaczące korzyści wielu różnym grupom społecznym, w tym tym, które nie są do tego w ogóle zainteresowane. Współpracowaliśmy z sektorami takimi jak edukatorzy, pracownicy służby zdrowia, ratownicy medyczni, policja i straż pożarna. Wszyscy oni wykazują te udowodnione korzyści przy tak minimalnej dawce praktyki.
Trzecia kwestia, którą chciałem poruszyć, to fakt, że rozkwit jest zaraźliwy. Każdy, kto miał styczność z Dalajlamą, z pewnością by o tym powiedział. Podzielę się z wami inną historią o zaraźliwej naturze rozkwitu.
Jestem naukowcem, który w trakcie swojej kariery otrzymał mnóstwo pieniędzy od Narodowych Instytutów Zdrowia (NIH). Moim marzeniem było sprowadzenie Dalajlamy do NIH. Kiedy po raz pierwszy to zaproponowałem, uznali mnie za stukniętą i oszołomioną. Powiedzieli: „Przyjazd osoby religijnej do NIH? Niemożliwe”.
A Francis Collins – były dyrektor NIH – jest ewangelikiem, wspaniałym człowiekiem i, co rzadko się zdarza: jest po prostu skromnym biologiem molekularnym. Niewielu biologów molekularnych ma w sobie tyle pokory. Miałem okazję porozmawiać o tym z Francisem, poprosił mnie o mnóstwo materiałów i w końcu się zgodził.
Byłem tam na tej wyjątkowej okazji, a wcześniej Francis zadzwonił do mnie i zapytał: „Będzie na kampusie przez godzinę, zanim wygłosi swoje przemówienie. Jakie laboratoria twoim zdaniem chciałby odwiedzić?”. To było mniej więcej w 2014 lub 2015 roku. Powiedziałem: „Był już w tylu laboratoriach. Widział skanery”. Myślę, że najbardziej zainteresowałby go szpital na terenie NIH, w którym ciężko chorzy pacjenci są leczeni metodami eksperymentalnymi. Myślałem, że naprawdę chciałby spotkać się z pacjentami. Francis uznał to za szaleństwo, ale w końcu ustąpił i powiedział: „Dobrze, zaczniemy od wizyty w szpitalu, a potem pójdziemy do laboratorium”.
Taki był plan. Zaprowadzili pacjentów do drzwi ich pokoi i poszliśmy korytarzem – było tam około 15 osób, w tym dwóch laureatów Nagrody Nobla. Jego Świątobliwość po prostu podszedł do każdej z nich. Powiedziałbym, że około połowa pacjentów wiedziała, kim jest Jego Świątobliwość, a połowa nie miała pojęcia, kim jest ten mnich.
Jego Świątobliwość podchodził do każdej osoby. Przytulał ją i pytał: „Jak się masz?”. Był to korytarz, którego pokonanie normalnym tempem zajmuje około półtorej minuty – a Jego Świątobliwości zajęło to około 45 minut. Pod koniec tego spaceru wszyscy płakali. Wszyscy w tym otoczeniu, ci laureaci Nagrody Nobla, byli poruszeni tym współczuciem w działaniu, całkowicie odmienieni.
Pozwólcie więc, że przedstawię wam sposób, w jaki próbowaliśmy to przetestować w badaniach, w bardzo praktyczny sposób, z którego jesteśmy bardzo podekscytowani. Właśnie zakończyliśmy duży projekt w Louisville w stanie Kentucky, w okręgu szkolnym Jefferson County Public School District – głównym okręgu szkolnym w Louisville. To skomplikowane. Obciążone wszelkiego rodzaju problemami. Było wiele różnych powodów, dla których wybrano Louisville, a przyczyny i warunki się ze sobą zbiegły. Burmistrzem w tamtym czasie był Greg Fisher, który był prawdziwym wizjonerem, a nie zawodowym politykiem. Superintendent systemu szkolnictwa publicznego, Marty Polio, również był prawdziwym wizjonerem. Tak więc wiele rzeczy się ze sobą zbiegło.
Objęliśmy cały system szkolny i zaoferowaliśmy, bezpłatnie – dzięki grantowi – program mający na celu rozwijanie dobrego samopoczucia nauczycieli i personelu. Włączyliśmy do niego wszystkich: kierowców autobusów, pracowników stołówek, wszystkich pracowników szkół publicznych hrabstwa Jefferson. Było to jednak randomizowane badanie kontrolne, więc było bardzo rygorystyczne. Przydzieliliśmy uczestników do grup, w których codziennie przez pięć minut uczestniczyli w szkoleniu z zakresu dobrego samopoczucia, a następnie porównaliśmy je z grupą kontrolną.
Szkolenie z zakresu dobrostanu obejmuje trening w zakresie czterech filarów dobrostanu, o których wiele pisaliśmy i które są głęboko zakorzenione w tradycjach kontemplacyjnych – zwłaszcza buddyjskiej, ale także innych – a także w nauce współczesnej. Czym są te cztery filary?
Pierwszą z nich jest świadomość , obejmująca takie cechy, jak uważność.
Drugim filarem jest więź — a więź obejmuje docenianie, wdzięczność, życzliwość i współczucie.
Trzecim filarem jest wgląd . W tradycji buddyjskiej byłaby to mądrość, ale tak naprawdę chodzi o wgląd w narrację, którą wszyscy nosimy w umysłach na swój temat. Dla dobrego samopoczucia naprawdę ważna jest nie tyle zmiana narracji, co zmiana naszego stosunku do niej.
Wreszcie, ostatnim filarem jest cel . W przypadku celu nie chodzi tyle o znalezienie czegoś bardziej celowego w życiu, co o to, jak znaleźć sens i cel nawet w najbardziej prozaicznych czynnościach. Czy zmywanie naczyń może być naprawdę pięknie powiązane z poczuciem celu? Czy wynoszenie śmieci może być głęboko powiązane z poczuciem celu? Oczywiście, że tak – wymaga to tylko odrobiny przeformułowania.
Właśnie to robili ci ludzie. I okazuje się, że to radykalnie poprawia ich samopoczucie. Zmniejsza ich depresję i lęk.
Ale oto prawdziwy haczyk. Mieliśmy okazję przyjrzeć się wynikom uczniów, których uczyli nauczyciele losowo przydzieleni do szkolenia z zakresu dobrego samopoczucia, i porównaliśmy ich z wynikami uczniów, których uczyli nauczyciele losowo przydzieleni do grupy kontrolnej. To było bardzo rygorystyczne porównanie. Uczniowie nie mieli pojęcia o jakichkolwiek badaniach – po prostu rozwiązywali standardowe testy.
Odkryliśmy, że standaryzowane wyniki z matematyki i języka są znacząco i zdecydowanie wyższe u uczniów, których uczą nauczyciele bardziej świadomi, bardziej zintegrowani, z większym wglądem i bardziej świadomi celu – czyli nauczyciele, którzy wykazują wyższy poziom dobrostanu. Jesteśmy tym niezwykle podekscytowani.
I na koniec, w ostatniej chwili, chcę się podzielić jeszcze jedną rzeczą. Kilka lat temu Dalajlama poprosił mnie o naukę Tukdam.
Tukdam to stan, w który jogini i praktykujący wchodzą, zgodnie z konwencjonalną zachodnią definicją śmierci. Mówi się, że wielu z tych joginów umiera w pozycji siedzącej i pozostaje w pozycji medytacyjnej po śmierci, zgodnie z tradycyjnymi zachodnimi opisami śmierci – nie mają już bicia serca, nie oddychają, a mimo to siedzą. To jeden przypadek Tukdama. To kolejny przypadek. To zdjęcie zostało zrobione cztery dni po jego śmierci.
Badaliśmy te przypadki w Indiach. Opublikowaliśmy już kilka artykułów na ich temat. Rodzi to wiele radykalnych pytań dotyczących relacji między umysłem a mózgiem. Być może podzielimy się nimi później.
Transkrypcja zredagowana dla lepszej czytelności. Pierwotnie wygłoszona jako wystąpienie publiczne.