Fałszywa obietnica pragnienia

Dharma Lab · Odcinek

Fałszywa obietnica pożądania

Rozmowa dr. Cortlanda Dahla i dr. Richarda Davidsona na temat pragnień, lubienia i cyklu, którego nigdy nie kwestionujemy.

Dharma Lab · Dr Cortland Dahl i Dr Richard Davidson

Pełny zapis możesz przeczytać tutaj →

Podsumowanie edytowane

Fałszywa obietnica pożądania

O chceniu, lubieniu i cyklu, którego nigdy nie kwestionujemy

Założenie, którego nigdy nie kwestionujemy

Jest w nas głęboko zakorzeniona logika, której rzadko dostrzegamy. Bardziej przypomina grawitację. Pragnienie czegoś prowadzi do jego zdobycia. Zdobycie czegoś prowadzi do szczęścia. Działamy zgodnie z tym dziesiątki razy dziennie – sięgając po kolejną kawę, kolejne powiadomienie, kolejną wersję naszego życia, która w końcu okaże się wystarczająca.

Cort rozpoczyna tę rozmowę krótką, szczerą historią. O mało nie nalał sobie kawy – czegoś, czego prawie nigdy nie pije, bo przyprawia go o palpitacje serca i sprawia, że ​​czuje się naprawdę źle. Wie o tym. Wie to od lat. A jednak pragnienie było obecne, uporczywe, całkowicie obojętne na jego własną historię z tą rzeczą.

Nie wypił. Zamiast tego zrobił herbatę. Ale to nie wybór utkwił mu w pamięci – to moment tuż przed nim, kiedy wyraźnie widział ten cykl: pragnienie nie miało nic wspólnego z tym, czy faktycznie mu się to spodoba. Płynęli zupełnie różnymi torami.

W tym tkwi pęknięcie w tym założeniu. Nie chodzi o to, że pragnienie jest złe, ani że pragnienie jest czymś, co trzeba przezwyciężyć – ale o to, że związek, który bierzemy za pewnik między pragnieniem czegoś a czerpaniem z tego przyjemności, może wcale nim nie być. A kiedy to dostrzeżesz, zaczniesz zauważać to wszędzie. Przyjeżdżasz na wakacje na plażę i już nie możesz się doczekać kolacji. Przychodzisz na kolację i już nie możesz się doczekać pójścia do łóżka. Słupki bramkowe przesuwają się, przesuwają i przesuwają. Przyszłość zawsze, z definicji, jest gdzieś w oddali – a jednak wciąż oceniamy teraźniejszość z tej wyidealizowanej odległości, jakby teraźniejszość była tylko poczekalnią.

Założenie — i dlaczego się nie sprawdza

Co zakładamy

BRAKUJĄCY

pragnienie, pożądanie

DOSTAWANIE

rzecz, której pragnąłem

SZCZĘŚCIE

satysfakcja, zadowolenie

← zakładamy, że to następuje

Co się właściwie dzieje

Chęć i lubienie to dwie zupełnie odrębne sieci mózgowe . Pielęgnowanie pragnienia nie aktywuje lubienia. Bez względu na to, jak bardzo pielęgnujesz pragnienie, nigdy nie rozwiniesz lubienia – ponieważ są to odrębne sieci mózgowe.

CHCĄC sieć dopaminy
brak łącza
LUBIENIE bladości brzusznej

Brakujący

Rozległa, napędzana dopaminą sieć. Zorientowana na przyszłość. Samonapędzająca się – im więcej jej karmisz, tym głośniej się staje. Stworzona do oczekiwania, a nie do przyjemności.

Gust

Znacznie mniejszy, całkowicie odrębny obszar (brzuszna gałka blada). Obecny. Nie ma bezpośredniego połączenia z siecią pragnienia. Zanika wraz z nasilaniem się pragnienia.

CHCENIE rośnie

+

LUBIENIE ulega erozji

Im częściej karmisz jedno, tym bardziej tracisz drugie.

Neurobiologia chcenia/lubienia: badania Kenta Berridge’a nad gałką bladą brzuszną; Dan Gilbert, Stumbling on Happiness .

Co tak naprawdę mówi mózg

Richie odwołuje się do neuronauki, co jest uderzające, ponieważ nie tylko opisuje problem, ale także pokazuje mechanizm. Układ nagrody w mózgu, w dużej mierze to, co neurobiolodzy nazywają obwodem „chcenia”, tak naprawdę nie odpowiada za przyjemność. Chodzi o oczekiwanie. Chodzi o dążenie do czegoś. A ten obwód jest ogromny.

Obwód odpowiedzialny za lubienie – za rzeczywistą, bieżącą przyjemność – to coś innego. I znajduje się na znacznie mniejszym obszarze. Naukowcy zidentyfikowali obszar zwany gałką bladą brzuszną, tak mały, że trudno go nawet wykryć w skanach ludzkiego mózgu, który wydaje się być ściśle powiązany z odczuwaniem lubienia. Wraz ze wzrostem pragnienia, lubienie ma tendencję do słabnięcia. Nie jako ostrzeżenie moralne, lecz jako mierzalny fakt neuronalny.

Książka Dana Gilberta „Stumbling on Happiness” ujmuje coś podobnego: ludzie spędzają lata, a czasem całe życie, pielęgnując to, co ich zdaniem uczyni ich szczęśliwymi – a kiedy w końcu to osiągną, często czują się dziwnie puści. Badania zwycięzców loterii wykazały, że nagły wzrost szczęścia po wygraniu milionów dolarów jest realny, ale krótkotrwały, a poziom wyjściowy często spada poniżej punktu wyjścia.

Richie wskazuje również na badania nad nadużywaniem substancji psychoaktywnych, gdzie ten schemat staje się najbardziej widoczny: ludzie poświęcają większość czasu na zdobycie substancji, jej uzyskanie, krótkotrwałe działanie, a następnie natychmiast popadają w kolejny głód. Pragnienie nie ustaje wraz z jego zaspokojeniem. Nasila się. A tym, co po cichu zanika w tle, jest zdolność do lubienia – do faktycznego czerpania przyjemności z tego, co jest tuż przed nami.

Większość z nas nie popada w skrajność. Ale Richie i Cort wskazują na coś subtelniejszego i bardziej powszechnego: rodzaj chronicznego niezadowolenia, które wcale nie wygląda na cierpienie. Wygląda po prostu jak czekanie. Nieustanne czekanie na kolejną chwilę, która będzie czymś więcej niż ta obecna.

Starożytna diagnoza

Co niezwykłe, nie jest to nowe odkrycie. Cort wskazuje na fragment Drogi Bodhisattwy , klasycznego tekstu tybetańskiego, do którego nauczyciele tacy jak Dalajlama wielokrotnie powracają. Fragment ten brzmi mniej więcej tak: chociaż nikt nie chce cierpieć, biegniemy ku cierpieniu, jakby było naszym najdroższym przyjacielem. I chociaż każdy pragnie szczęścia, uciekamy przed nim jak przed wrogiem.

„Chociaż nikt nie chce cierpieć, biegniemy ku cierpieniu, jakby było naszym najdroższym przyjacielem. I chociaż każdy chce być szczęśliwy, uciekamy przed nim jak przed wrogiem”.
— Droga Bodhisattwy

Tradycja tybetańska od wieków zmaga się z tym problemem – rozdźwiękiem między tym, za czym gonimy, a tym, czego naprawdę potrzebujemy. Jednym z podstawowych punktów wejścia w buddyjską medytację, jak mówi Cort, jest po prostu szczerość. Nie wobec jakiejś idealnej wersji siebie, ale wobec tego, jak dobrze strategie, które faktycznie stosujemy, działają. Nie jako samokrytyka, ale jako proste sprawdzenie rzeczywistości: czy ta pętla przynosi to, co myślę, że przynosi?

Ponieważ pętla opiera się na założeniu, a to założenie jest prawie zawsze błędne. Pomysł, że jeśli tylko ulegnę tej zachciance, w końcu gdzieś dotrę – ta logika wydaje się niepodważalna, dopóki nie spojrzy się na dowody z własnego życia. Cort używa dwóch obrazów. Słona woda: im więcej pijesz, tym bardziej jesteś spragniony. Miraż: im bardziej go gonisz, tym bardziej się oddala, a jednak coś w nim wciąż kusi.

Podziw jest bliżej niż myślisz

Jeśli więc pragnienie jest zamkniętą pętlą, co ją otwiera? Nie dyscyplina, nie wyrzeczenie. Coś spokojniejszego. Richie przytacza prace Dachera Keltnera na temat zachwytu – badań nad tym, co dzieje się z ludźmi, gdy napotykają coś, co ich powstrzymuje. Zazwyczaj wyobrażamy sobie zachwyt nad Wielkim Kanionem, patrzenie w górę na 2000-letnią sekwoję albo stanie pod gwiazdami.

Ale Richie mówi coś, co zmienia obraz całej sytuacji: na wysypisku śmieci można poczuć podziw. Nie chodzi o skalę tego, co zewnętrzne. Chodzi o zmianę perspektywy, która pozwala ci faktycznie wylądować w tym, co przed tobą. A ta zmiana, jak podkreślają zarówno Cort, jak i Richie, jest cechą, którą można wyćwiczyć – czymś, co można ćwiczyć i wzmacniać, a nie tylko natknąć się na nią przypadkiem w malowniczych punktach widokowych.

Cort, będąc w samolocie, zirytowany, że jego e-mail nie chce się zsynchronizować: „Rozejrzałem się i pomyślałem sobie – jestem w metalowej rurze, dziesiątki tysięcy stóp nad ziemią, pędzę w powietrzu, wysyłając w jakiś sposób wiadomość przez kosmos do kogoś na drugim końcu planety. Każda z tych rzeczy byłaby zupełnym cudem, w który nikt by nie uwierzył sto lat temu. A teraz nie dość, że traktuję to jak oczywistość, to jeszcze denerwuje mnie, że mój e-mail nie wysyła się w 10 sekund zamiast w 20”.

Ta drobna reorientacja nie wymagała niczego poza delikatną zmianą perspektywy. Irytacja ustąpiła miejsca czemuś bliskiemu zadziwieniu. A praktyka, do której Cort i Richie wciąż wracają – to, co nazywają delektowaniem się – tak naprawdę polega na budowaniu tej zdolności. Nie na wymuszaniu wdzięczności, nie na działaniu w pozytywnym kierunku, ale na wzmacnianiu ścieżek neuronowych, które pozwalają najpierw zorientować się w czymś odżywczym, a następnie pozostać z tym wystarczająco długo, by to zarejestrować.

Cort zauważa liście na ziemi za oknem. Jesień już tu jest. Lubi jesień, lubi rześkie powietrze. Ta obserwacja jest niczym niezwykłym. Ale traktowanie jej jako czegoś, dla czego warto się zatrzymać – na tym polega praktyka. Nie chodzi o treść tego, co zauważasz, ale o sam akt zauważania i pozostawania w tym.

Strach pod pragnieniem

Cort wymienia w tej rozmowie dwa błędne sposoby myślenia, a drugi jest mniej omawiany. Pierwszy jest już oczywisty: pragnienie jest drogą do zaspokojenia. Analizowaliśmy to. Ale drugi sięga głębiej i może być tym, który podtrzymuje pierwszy.

Strach, że jeśli przestaniemy gonić, przestaniemy być traktowani. Że skupianie się na tym, co już mamy, oznacza, że ​​w jakiś sposób nie zaspokoimy swoich potrzeb – że zadowolenie jest rodzajem poddania się lub ryzyka.

Richie dodaje, że o tym lęku przed brakiem wystarczającej ilości rzeczy rzadko mówi się wprost, a jednak jest on wszechobecny. To coś, co kryje się pod wakacyjną fantazją, nieustającą ambicją, poczuciem, że zwolnienie tempa jest niebezpieczne. I warto się nad tym zastanowić, ponieważ sugeruje to, że problem nie jest tylko błędem poznawczym – to także problem emocjonalny. To dążenie, które wynika z poczucia pustki, a nie pełni.

Zaproszenie w tej rozmowie nie polega na całkowitym zaprzestaniu pragnienia. Chodzi o coś bardziej niuansowego: o zauważenie, że pragnienie nie musi być siłą napędową. Że istnieje inna orientacja – nastawiona na obfitość, a nie na brak – która może pomóc ci przetrwać ten sam dzień z inną jakością doświadczenia. Nie dlatego, że zmieniły się okoliczności, ale dlatego, że zmieniła się rama.

Już teraz

Richie opowiada historię. Był w Dharamsali z japońskim naukowcem i jakimś cudem oboje znaleźli się sami w pokoju z Dalajlamą. Naukowiec, spotykając go po raz pierwszy, zadał pytanie, które zaskoczyło nawet Richiego: Wasza Świątobliwość, kiedy w życiu był Pan najszczęśliwszy?

Dalajlama bez wahania odpowiedział: natychmiast.

Nie przeszłe osiągnięcie. Nie przewidywana przyszłość. Pokój, w którym siedział, z ludźmi, z którymi siedział, robiąc dokładnie to, co on. Tego rodzaju orientacja nie jest bierna ani naiwna – to głęboko kultywowana zdolność bycia tu, a nie zawsze gdzie indziej.

Cort kończy coś osobistego. Wyrobił sobie nawyk wyrażania wdzięczności na głos – mówi ludziom, nieco chaotycznie, co w nich dostrzega i ceni. Reakcja jest prawie zawsze taka sama: skąd to się wzięło? A jego odpowiedź jest prosta – myślałem o tym i chciałem to powiedzieć. To drobiazg. A jednak obie osoby to czują.

Ostatnie słowa Richiego są takie, że rozkwit jest zaraźliwy.

Co może być najbardziej praktyczną rzeczą w całej tej rozmowie. Nie technika, nie protokół – po prostu obserwacja, że ​​kiedy ktoś jest autentycznie zorientowany na to, co dobre, obecne i żywe, to się porusza. Porusza się w pomieszczeniu, w interakcji, w ciągu dnia. Pętla pragnienia jest oczywiście zaraźliwa. Wszyscy to wiemy. Pytanie brzmi, którą z nich praktykujemy karmić.

Dharma Lab — rozmowa Cortlanda Dahla i Richarda Davidsona

Inspired? Share: